Artysta jest komiwojażerem pukającym do drzwi naszych serc. Oferującym jak najlepiej potrafi towar bezcenny; swoją wrażliwość, talent, umiejętności. Narażony na upokorzenia i obojętność. Niezrozumienie i szyderstwo. Ale i na chwałę, sławę, popularność i znajomości w osiedlowym warzywniaku. Artysta jest rycerzem naszych dni. Jeśli jest Artystą…

Artystą jest na ten przykład Robert De Niro, albo Eric Clapton, a także pan Władeczek z niewielkiej wioski pod Pyrzycami. Pan Władeczek wielkim artystą jest. Podstawowym surowcem jego Sztuki jest miód, bo pod nosem pasieka. Z tego miodu powstaje produkt klarowny, aromatyczny i krzepki jak przystało. Wbrew pozorom wytrawny, a nawet z goryczką przyjemną. Żadnego tam po nim kaca. Czysta poezja smaku i mocy. Tak, pan Władeczek wielkim artystą jest. Pan były wokalista zespołu, który na każdych imieninach cioci Helenki prosił o „jedną noc” bardziej fuszerem jest, niż kimkolwiek innym. Artystą to nie był nigdy, choć wciąż wierzy, że jest zupełnie inaczej. Występuje, bo zapewne potrzebuje, ale dlaczego moim, czyli słuchacza, kosztem? Wiem co piszę bom widział. W Widuchowej. Pan były wokalista zrobił ogromne wrażenie na publiczności. No, niestety nie swoim głosem, lecz bardziej niedopiętym rozporkiem. Nie sądzę by znalazła się choć jedna osoba skłonna „dać mu tę noc”. Smutne? Oczywiście. I smutne i żenujące. 

Takich widowisk podczas wakacyjnych imprez typu „dni naszego miasta” było bez liku. „Dni Koziej Wólki” to okazja. Przede wszystkim na autopromocję lokalnej władzy. A to się z „gwiazdą” poklepią i słitfocię strzelą, a to wylezą na scenę i z dumą popatrzą na wyborców zwanych od niedawna suwerenem. No i napiją się i najedzą. W jednej z zachodniopomorskich miejscowości jurorami w konkursie kulinarnym były lokalne „elyty”. Zjadły, popiły, a na resztki zaprosiły pańskim gestem wspomnianych suwerenów. Chętnych, ku mojej zgrozie nie brakowało…

Patent na urządzenie igrzysk dla gawiedzi jest dość prosty i dość nudny: otóż dmuchany zamek, stoisko z grillem, piwo, występy dzieci (to za frajer) i GWIAZDA! Pewnym urozmaiceniem bywają konkursy kulinarne, albo plastyczne. Te drugie wszak pod warunkiem, że sponsor (zazwyczaj właściciel miejscowego sklepu, lub jakiegoś geszeftu) rzuci niewielkim groszem. Dobrze jest zaprosić „dostojnego zwierzchnika” z powiatu. Zawsze to można jakieś słówko szepnąć w sprawie, zgiąć karczek w usłużnym ukłonie, napoić, zabawić.

Ale wróćmy do Gwiazdy. Gdybyśmy mieli w ręku programy wszystkich „Dni”, które odbyły się podczas tegorocznych wakacji na Pomorzu Zachodnim, otrzymalibyśmy zestaw nazwisk trzecio i czwartorzędnych „artystów”, których daremno by szukać w mainstreamowych mediach. Owszem, niektórzy z nich wciąż wywołują wspomnienia z odległych czasów ich i naszej młodości. Niektórzy nawet dają występy na całkiem przyzwoitym (jak na te lata na karku) poziomie. W znakomitej jednak większości występy mają charakter smutnego pokrzykiwania do mikrofonu, zagłuszanego playbackiem.

Ciężko jest być Artystą dostatecznie długo, by utrzymać poziom i styl. Ogólnie w pewnym wieku ciężko jest cokolwiek utrzymać. Najciężej jest utrzymać siebie i rodzinę. Trzeba więc pędzić na kolejne „Dni...” dbając, by dżipies doprowadził nas do mieściny, o której nigdy w życiu nie słyszeliśmy, ale której mieszkańcy przed laty słyszeli o nas.

Prestiż  
Wrzesień 2016